środa, 9 kwietnia 2014

Nie każdy jest stworzony do życia w wielkim mieście, zwłaszcza, kiedy musi żyć w nim sam, z dala od swoich bliskich i od sensu swego życia.
Na początku była ekscytacja. Ekscytacja i wielkie imprezy. Poznawanie nowych ludzi, długie rozmowy, spontaniczne wypady na miasto i wracanie późną nocą, często nad ranem. Później przyszła mgła.
Nie da się żyć normalnie, cieszyć się z codzienności w stu procentach, kiedy twoje wnętrze ogarnia myśl, że ludzie, którzy powinni towarzyszyć ci w każdej minucie twojego życia są kawał drogi dalej.
Nigdy nie jest tak, że dana sytuacja posiada jedynie dobre albo złe strony. To, w jakiej sytuacji ja tkwię od października ma tylko jeden minus, jeden wielki minus. Jasne, że jestem szczęśliwa, niepodważalnie. Ale tęsknię cholernie za przyjaciółmi, rodziną, miłością.
Kraków jest cudowny, to prawda. Ma swój klimat, jest tutaj masa świetnych miejsc i tych, w których swój czas możecie spędzić w sposób bardziej rozrywkowy i tych, do których możecie w samotności pójść na spacer i podziwiać cudowne widoki. Plusów jest niezliczona ilość. Ale jaki sens ma życie w cudownym miejscu bez jeszcze bardziej cudownych ludzi? Gdybym miała was obok mogłabym bez wahania powiedzieć, że moje życie jest idealne. Ale czy jest na tym świecie osoba, która może mieć wszystko? Gdyby niemożliwe stało się możliwe, skakałabym z radości. Cóż jednak mogę zrobić słysząc od najbliższej mi osoby, że ma inne plany? Nic. Gdybym mogła cofnąć swoją decyzję o podjęciu studiów tutaj, kto wie czy bym tego nie zrobiła. Jest mała granica między życiem w raju i piekle. Pół-raj mnie nie interesuje.
Dzisiaj żyję myślą, że już jutro będę w domu. Że w sobotę zobaczę się z wszystkimi najbliższymi mi osobami. Nie liczę niedzieli, która wiąże się z powrotem do Krakowa. Zatrzymajmy się na sobocie.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wszystkie komentarze dodawane na blogu będą moderowane.